Shopping Cart
Your Cart is Empty
Quantity:
Subtotal
Taxes
Shipping
Total
There was an error with PayPalClick here to try again
CelebrateThank you for your business!You should be receiving an order confirmation from Paypal shortly.Exit Shopping Cart

Markét & Karol

Koh Phangan

Koh Phangan jest wyspą dużo większą od Koh Tao, ma powierzchnię 125km², ma niecałe 19km długości i 12km szerokości.

Ta wyspa znana jest głównie z organizowanej tu Full Moon Party, która odbywa się oficjalnie raz w miesiącu (w pełnię księżyca). Ze względu na bardzo duże zainteresowanie tą imprezą organizowana jest też druga impreza w fazie połowicznej pełni księżyca.

My w imprezie uczestniczyć nie chcieliśmy, choć wypadała ona w czasie naszego pobytu na wyspach. Odjechaliśmy z Koh Phangan dzień przed imprezą. Na Full Moon Party grana jest gównie muzyka house, techno, dance, R&B, Reggae, zjeżdża się młodzież z całego świata, dużo się pije, dużo ćpa i dużo się też niestety kradnie. Na jedną noc na wyspę potrafi się zjechać 7000-30000 ludzi. Te dostępne informacje oraz kilka zdjęć po prostu nas nie przekonało aby zostać na wyspie noc dłużej.


Na Koh Phangan spędziliśmy w sumie trzy dni, a na czwarty dzień wyruszyliśmy w dalszą podróż (10.-13.6.).

Pierwszą czynności na wyspie było znalezienie zamówionego wcześniej noclegu oraz pozbycie się jak najszybciej ciężkich plecaków. Mieszkaliśmy niedaleko przystani więc w drogę ruszyliśmy pieszo. Karol znowu wybrał piękne miejsce na nocleg, prywatny bungalow z pięknym widokiem na morze.

Zaskoczyło nas, że poziom wody był bardzo, bardzo niski. Ludzie będący w morzu, stali kilkadziesiąt metrów od brzegu w wodzi po kolana. Podobno jest to normalne dla tej pory roku. Tego jednak nie wiedzieliśmy, a Karol zaskoczył recepcjonistkę pytaniem „gdzie macie plażę hotelową?”, mimo że staliśmy kilka metrów od niej. Tym byliśmy trochę zawiedzeni. Na naszej plaży właściwie ani razu się nie kąpaliśmy, jedynie poszliśmy po wodzie na oddaloną ok. 50m dalej wyspę :)

Po zameldowaniu poszliśmy na rozpoznawczy spacer po okolicy, szybko stwierdzając, że nas to miejsce specjalnie nie natchnęło i przede wszystkim, że wszędzie jest strasznie daleko. Szybko wypożyczyliśmy więc skuter, a Karol stał się w ten sposób seksownym motocyklistom ;)

W ten dzień pojechaliśmy jeszcze obejrzeć dwie niedalekie świątynie oraz największe drzewo gumowe (yang tree) na południu Tajlandii.

Największą atrakcją miasteczka w pobliżu naszego hotelu stał się targ z jedzeniem, który był absolutnie bezkonkurencyjny. Dało się tu kupić wspaniałe, świeże, dobrze wyglądające jedzenie oraz szejki ze świeżych owoców. W dodatku wszystko kosztowało ekstremalnie mało, a za targiem były przygotowane miejsca do siedzenia ze stolikami. Tak dobrego targu nie znaleźliśmy niestety już nigdzie indziej w Tajlandii...

Kolejnego dnia (11.6) zaplanowaliśmy całodzienną wycieczkę na skuterze. Dzień był bardzo udany, no może oprócz małych nieporozumień związanych ze starą dobrą maksymą – kobiety nie potrafią czytać map. Odkrycie tej prawdy życiowej w praktyce Karol znosił dość ciężko. Wynikiem tego wszystkiego była dwukrotnie pomylona droga, pierwsza małżeńska sprzeczka oraz przejęcie map przez Karola na pozostałą cześć wyprawy.

Zaczęliśmy wcześnie rano wycieczką do parku Than Sadet, którego głównym punktem jest wodospad Phaeng. W parku można znaleźć też "ścieżką natury" przez dżunglę do punktu widokowego na okolicę.

Największą ciekawostką tego miejsca było to, że z powodu suchej pory roku w wodospadzie nie było wody. Oglądając więc zdjęcie „Marketa przed wodospadem” użyjcie proszę trochę fantazji i wodospad po prostu sobie wyobraźcie :)

Po wizycie w parku, zatrzymaliśmy się w miejscowej cukierni na lody domowej produkcji. Spróbowaliśmy każdy po jednym rodzaju i pojechaliśmy dalej w kierunku głównego punku naszego dnia – góry Ra.

Khao Ra jest najwyższą górą na Koh Phangan, ma 627m. Droga na górę wiedzie przez dżunglę, a kierunek wskazują drogowskazy wzdłuż wąskiej ścieżki. Teoretycznie w przewodnikach było napisane, że turyści powinni opłacić miejscowego przewodnika, dlatego że przyroda w rejonie góry jest dzika. Karol był jednak dobrze przygotowany i wiedział gdzie i jak się poruszać po dżungli i zdecydowaliśmy się wyruszyć na własną rękę.

ejście na górę trwało ponad półtorej godziny. Było upalnie ale dzięki kilku obłokom nie paliło nas słońce. Widok z góry był ładny, ale w porównaniu z innymi widokami, które już wcześniej lub później widzieliśmy w Tajlandii, nie był aż tak spektakularny.

Dżungla nas jakoś specjalnie nie zaskoczyła, żaden zbój nas nie napadł, jedynie wchodzenie w pajęczyny nie należało do przyjemnych. A na samym szczycie witała nas jaszczurka :)

Podczas drogi powrotnej przestraszyliśmy się trochę, gdy się poślizgnęłam na piasku i zjechałam kawałek w dół na plecach. Na szczęście skończyło się na kilku obtarciach i mogliśmy iść dalej.


Po chwili wsiedliśmy na nasz skuter i pojechaliśmy do kolejnego punktu naszej wycieczki – do chińskiej świątyni. Dla wszystkich świątyń jest typowe to, że na ich terenie i w okolicy kręcą się bezpańskie psy, którym jakoś nie mogliśmy zaufać, a nawet czasami się ich baliśmy. Są wychudzone, szybko podbiegają do turystów, w nieznanym nam celu. Także prawie każdą świątynię zwiedzaliśmy w ekspresowym tempie.

Tym zakończyliśmy pierwszą część dnia, zorientowaną na górski teren. Drugą częścią było objeżdżanie plaż i punktów widokowych, przez co mogliśmy poznać wyspę jeszcze dokładniej w różnych jej formach. Druga część zabrała nam całe popołudnie aż do zmroku.

Jechaliśmy wzdłuż zachodniego wybrzeża, od północy aż na południe, gdzie nocowaliśmy i zakończyliśmy nasz długi turystyczny dzień.


Wszystkie plaże, jakie odwiedziliśmy miały już wcześniej poznaną główną wadę, były bardzo płytkie przez kilkadziesiąt pierwszych metrów. Gdzieniegdzie oznaczało to, że plaża była pełna kamieni i nie dało się kąpać, ponieważ piaszczysta część była całkowicie sucha.

Punkty widokowe były ładne, czasami nawet śmieszne. Przy jednym z punktów kończyła się droga, dalej inżynierom nie chciało się już budować.

Podczas drogi powrotnej natrafiliśmy na warana, który leżał tuż przy drodze. Miał może z metr długości, razem z ogonem to pewnie i z metr i pół. Trochę nas wystraszył bo czeska para u której mieszkaliśmy na Koh Tao ostrzegała nas przed waranami, podobno potrafią być niebezpieczne dla człowieka. Na szczęście waran leżał kilka metrów od nas i specjalnie nie zwracał na nas uwagi.

W Tajlandii jedną z najpopularniejszych atrakcji jest przejażdżka na słoniach lub nawet wycieczka na słoniach przez dżunglę. My nie zdecydowaliśmy się ani na jedno ani na drugie, sporo wypoczywających i czekających na turystów słoni spotykaliśmy jednak podczas naszej podróży.


Wieczorem znowu poszliśmy na kolacje na nasz ulubiony targ, a później wykupiliśmy jedyną podczas naszej podróży zorganizowaną wycieczkę, na którą wyruszyliśmy już na drugi dzień rano. Wybraliśmy całodzienną wyprawę łodzią do Angthong National Marine Park z kilkoma przystankami.

Park wodny jest archipelagiem czterdziestu niezaludnionych wysp o różnej wielkości i formie, który znajduje się na środku zatoki tajlandzkiej.

Rano z hotelu odebrało nas auto agencji turystycznej Orion. Zwiedzanie zaczęliśmy od „poznania” różnych hoteli, bo najpierw trzeba było skompletować uczestników wycieczki.

Nie trwało to jednak specjalnie długo i po chwili byliśmy już na łodzi, na której czekał na nas kapitan oraz śniadanie.


Pierwszy przystanek był na Koh Hin Dap, gdzie zaplanowany był snorkeling i podziwianie piękna podwodnego świata. Niestety w nocy przed wycieczką przeszła silna burza i morze było bardzo wzburzone, woda zmętniała i pod wodą nie było widać praktycznie nic. Po tej nieudanej kąpieli w mętnej wodzie na pokładzie dostaliśmy smaczny obiad i wyruszyliśmy dalej.

Po chwili załoga wysadziła nas na wysepce Koh Sam Sao, skąd wyruszyliśmy kajakami w kierunku kolejnej wysepki Koh Mae Ko, na środku której znajdowała się słodkowodna laguna.

Dalej znowu popłynęliśmy naszym Orionem do brzegu głównej wyspy parku wodnego – na wyspę Koh Wua Ta Lap, gdzie mogliśmy wybrać jedną z dwóch opcji: wycieczka do jaskini albo trekking na punkt widokowy. My jako trekkingowi eksperci oczywiście wybraliśmy wspinaczkę na najwyższy punkt wyspy i całego parku wodnego (250m n.p.m.). Wybraliśmy najlepiej jak mogliśmy, widoki były niezapominalne.


Na szczyt prowadził nas miejscowy Tajlandczyk, który wspinał się anormalnie szybko i bezproblemowo. Z racji, że po angielsku nie znał ani jednego słowa, nie zrozumiał, że prosiliśmy żeby zrobił nam wspólne zdjęcie i myślał, że to my chcemy uwiecznić na zdjęciu jego osobę :)

Teren był najtrudniejszym jaki do tej pory poznaliśmy w Tajlandii, miejscami było trzeba wdrapywać się po linach, a pod nogami ciągle mieliśmy skały i korzenie. Na samej górze odpoczęliśmy kilka minut, zrobiliśmy parę zdjęć i już po chwili musieliśmy wracać. W mrugnięciu oka na niebie pojawiły się gęste chmury i po chwili zaczął lać deszcz. Kamienie stały się bardzo śliskie i niebezpieczne i tylko czekały na chwilę naszej nieuwagi. Na szczęście daliśmy radę jakoś zejść ze szczytu, totalnie przemoczeni ale zarazem i szczęśliwi.

Drogę powrotną na Koh Phangan wszyscy przespali. Dzień na morzu totalnie nas zmógł.


Po ostatniej kolacji na targu i zakupach na bazarach ponownie odwiedziliśmy panią w agencji turystycznej, która sprzedała nam wcześniej wycieczkę Orionem, i kupiliśmy u niej bilet łączony na poranną łódź (13.6) z Koh Phangan przez Koh Samui do pewnego lądu, a następnie autobusem do miasta Surat Thani i dalej busem do parku narodowego Khao Sok.


W Surat Thani kierowca busa do Khao Sok ostrzegał nas, żebyśmy nie jechali dalej, bo podobno jest stan powodziowy, a poza tym małe busy nie mają szansy dojechać w taką pogodę do Parku. My jednak nie do końca wierzyliśmy, mieliśmy bilety na busa i nalegaliśmy żeby nas zawieziono tam gdzie zaplanowaliśmy i kierowca naszego busa musiał zawieść nas na przystanek miejskich autobusów, opłacić bilet i wysłać nas w dalszą podróż do Khao Sok już normalnym państwowym autobusem.

Teksty o stanie powodziowym okazały się jednak prawdą, jadąc autobusem w ciągłym deszczu widzieliśmy pozalewane lasy i drogi oraz wypełnione ponad brzegi rzeki, na miejsce jednak jakoś dotarliśmy.

Następny artykuł - Khao Sok a Chieo-Lan