Shopping Cart
Your Cart is Empty
Quantity:
Subtotal
Taxes
Shipping
Total
There was an error with PayPalClick here to try again
CelebrateThank you for your business!You should be receiving an order confirmation from Paypal shortly.Exit Shopping Cart

Markét & Karol

Park narodowy Khao Sok a jezioro Chieo-Lan

Do parku narodowego Khao Sok dotarliśmy około godziny 15 (13.6). Nocowaliśmy w rodzinnym ośrodku Smiley, który oferuje bungalowy przy samym parku oraz domki na jeziorze Chieo-Lan. Dodatku organizują jedno lub kilkudniowe wycieczki po okolicy.


Ośrodek przy parku oferuje różne bungalowy, ceglane, drewniane ale i takie umieszczone na drzewie. My wybraliśmy ceglany bungalow. Wyposażenie było bardzo skromne ale ogólnie w porządku. Mieliśmy łazienkę na własny użytek oraz miejsce gdzie można złożyć głowę do snu.

Po odłożeniu bagaży poszliśmy na spacer po okolicy. Kilka metrów od naszego bungalowu znaleźliśmy piękny widok na okoliczne góry.

Później poszliśmy dalej do miasteczka. Minęliśmy kilka sklepów, rzekę o mocno podniesionym poziomie i podążaliśmy dalej do miejsca dla którego tu przyjechaliśmy – do parku, czy raczej najpierw do oficjalnego punktu wstępu do parku.

Khao Sok jest najstarszym lasem deszczowym na świecie, a na jego terenie znajdują się liczne góry, jeziora, wodospady, jaskinie, przepaście, znaleźć tu można dziką przyrodę a także dzikie zwierzęta. Park ma powierzchnię 739 km². 

Ścieżki przygotowane dla odwiedzających park zaznaczone są na mapie. Park zamykany jest o godzinie 17, także chcieliśmy tylko zerknąć jak to wszystko tam wygląda, sprawdzić godziny otwarcia, zabrać mapkę, żeby wieczorem zaplanować trasę na kolejny dzień.

Przy bramie wejściowej dowiedzieliśmy się, że park ze względu na powodzie jest obecnie bardzo niebezpieczny i że siedem z dziewięciu jego głównych punktów jest w tej chwili zamkniętych. Trochę zasmuciła nas informacja o tym, że zobaczymy tylko dwa otwarte punkty.

Zaczęliśmy rozmyślać, co będziemy robić dalej. Karol na kolejne dni miał zaplanowaną dwudniową wycieczkę z naszego ośrodka z trekingiem i noclegiem nad jeziorem Chieo-Lan. Ale czy ma to jakikolwiek sens gdyż ciągle pada i to nie trochę, dosłownie leje jak z cebra?


Poszliśmy do ośrodka gdzie dostaliśmy ofertę wyjazdu nad jezioro ale bez planowanego trekingu w dżungli i bez możliwości zwiedzenia jaskiń. Wszystko to z powodu powodzi.

Na drugi dzień rano mieliśmy się zdecydować czy chcemy jechać.

Niezbyt zadowoleni poszliśmy do pokoju, gdzie po ciemku (bo nie działało światło) zaczęliśmy wymyślać plan awaryjny, popijając przy tym drinka z weselnej wódki na poprawę popsutych humorów.

Wcześnie rano (14.6.) ubrani w folie przeciwdeszczowe udaliśmy się na podbój parku. Tutaj nam oznajmiono, że dwa otwarte wczoraj punkty też są już zamknięte i w dodatku nie wiadomo jak długo park będzie nieczynny. No i co teraz?

Zdecydowaliśmy się pojechać nad jezioro pomimo bardzo ograniczonych atrakcji oraz pomimo nieustająco lejącego tropikalnego deszczu.

Zdecydowaliśmy się pojechać głównie dlatego, że nonsensem byłoby tłuc się tyle kilometrów, żeby zobaczyć jedynie zamkniętą bramę do parku.

Poszliśmy z powrotem do bungalowów i umówiliśmy się z właścicielami na podróż nad jezioro. Żadnych inny chętnych na wycieczkę niestety nie było. Cała rodzina musiała jechać nad jezioro, bo musieli dokończyć tam remont pomostów, więc zaproponowano nam żebyśmy pojechali po prostu z nimi, nie jako oficjalna wycieczka ale jako ich goście. Zapłacić musieliśmy tylko za nocleg na jeziorze i dorzucić się do benzyny.

Najpierw czekaliśmy aż rodzinka się spakuje i załaduje drewno, a później wyruszyliśmy najpierw autem, a później malutką łódką z silnikiem przez jezioro.

Przegroda Ratchaprapha oraz sztuczne jezioro Chieo-Lan-See mają powierzchnię 165 km². Budowę jeziora o głębokości 40-90m zakończono w 1982 roku. Miejsce to powstało przez zalanie wodą górskich wiosek.

Krajobraz w dużej mierze pozostał nienaruszony, dzięki czemu na jeziorze znajduje się obecnie ponad 100 wysp, a miejscami z jeziora wystają drzewa.

Po około godzinie spędzonej na łódce, pojawiły się przed nami małe domki na jeziorze. Nasz był ten pierwszy z prawej :)

Domki pływały może jakieś 20 metrów od brzegu i były naszym lądem na następne 24 godziny.

W czasie naszego pobytu na jeziorze lało przez około 90%, co dla miejscowych było jak na tę porę roku czymś absolutnie normalnym.

Mieliśmy więc okazję, żeby odpocząć jak w żadnym innym miejscu w Tajlandii. Mieliśmy czas tylko dla siebie.

Przez większość dnia graliśmy w gry planszowe i cieszyliśmy się piękną spokojem i piękną przyrodą.

Najbardziej oczekiwaną chwilą dnia stał się czas posiłków, które przygotowywała dla nas starsza Tajka. Karol nawet zaoferował Pani, możliwość wyjazdu z nami do Berlina i gotowania posiłków dla nas i w Europie. Pani zgodziła się ale chciała zabrać ze sobą całą swoją rodzinę. Do konsensusu nie doszliśmy, jedzenie było naprawdę ekskluzywne.

W domkach nie było prądu, jedynie dwa materace na ziemi i mała łazienka. Do zachodu słońca graliśmy w grę strategiczną Rzym oraz popijaliśmy drinki ze ślubnej wódki. Później włączono w miarę głośny generator, a o 22 nastąpiła cisza nocna i ponowne wyłączenie prądu, żeby tajska rodzina mogła odpocząć po pracowitym dniu.


Drugiego dnia rano (15.6.) po pobudce niespodziewanie nie padało. Szybko wskoczyliśmy do wody korzystając z dobrej pogody. W wodzie przy domkach zauważyliśmy wielki bambusowy pień w wodzie, który służył do zabawy. Zaczęliśmy sprawdzać czy da się przejść po bambusie na drugi jego koniec. Chęć wygrania z bambusem i prawami równowagi trwała około godziny. Karol wybrał metodę szybkiego przebiegania a ja powolnego balansowania. Niestety nasze próby skończyły się niepowodzeniem. Zabawa była całkiem męcząca. Jak się chodzi po bambusie pokazał nam jeden z pracujących od rana Tajlandczyków – pierwsza próba zakończyła się pełnym sukcesem. Po kąpieli śniadanie smakowało wyśmienicie.

Po jedzeniu zauważyliśmy małpią rodzinę, która przechodziła brzegiem jeziora niedaleko nas. My obserwowaliśmy małpy a one nas. W sumie było ich może i nawet pięćdziesiąt. Wyglądało to całkiem ciekawie.

Podczas kolejnego przejaśnienia i przerwy w deszczu popłynęliśmy kajakiem na wycieczkę po jeziorze.

Po ostatnim wykwintnym obiedzie, zrobiliśmy jeszcze kilka pożegnalnych zdjęć i po południu pojechaliśmy w dalszą podróż. Nasza tajska rodzina zawiozła nas łódką na przystań, gdzie czekał już na nas minibus jadący do Surat Thani.

W Surat Thani musieliśmy poczekać trochę na nasze nocne, pociągowe połączenie do Bangkoku. Wybraliśmy wagon sypialny, niestety miejsca bez klimatyzacji były już zajęte, musieliśmy wybrać wagon klimatyzowany.

To się okazało wielkim nieszczęściem, bo klimatyzacja działała w praktyce jak zamrażarka. Karol zasnął w sportowej ciepłej kurtce, a ja pod trzema kocami.

Spało się w miarę dobrze i po pobudce byliśmy już z powrotem w stolicy Tajlandii (16.6.).

Następny artykuł - Kanchanaburi a Erawan