Shopping Cart
Your Cart is Empty
Quantity:
Subtotal
Taxes
Shipping
Total
There was an error with PayPalClick here to try again
CelebrateThank you for your business!You should be receiving an order confirmation from Paypal shortly.Exit Shopping Cart

Markét & Karol

Kanchanaburi i narodowy park Erawan

W Bangkoku (16.6.) przejechaliśmy taksówką z dworca głównego do dworca Thonburi, skąd odjeżdża pociąg do Kanchanaburi, tym razem klasyczna osobówka.

Droga trwała jakieś 3 godziny. Po drodze częściowo jeszcze spaliśmy, a częściowo obserwowaliśmy Tajlandię z okna pociągu. Ziemia jest tutaj w większości czerwona. Widok z okna oferuje widoki na pola, góry, lasy lub skromne wioski. Jeśli akurat przejeżdża się przed miasto, to często widać miejskie targi, które my nazwalibyśmy brudnymi i śmierdzącymi, a dla miejscowych jest to zawsze główne miejsce zakupów.


Do Kanchanaburi dojechaliśmy po południu i rozpoczęliśmy poszukiwanie noclegu. Było to pierwsze miejsce, w którym Karol nie znalazł wcześniej żadnej opcji noclegowej. Tutaj chcieliśmy znaleźć coś na własną rękę. Szło jednak bardzo łatwo i już drugi hotel przypadł nam do gustu. Zostawiliśmy plecaki w pokoju i poszliśmy zwiedzać miasto idąc w kierunku znanego mostu.


W Kanchanaburi znajduje się Most na rzece Kwai, znany z brytyjskiego filmu reżysera Davida Leana z roku 1957, nakręconego według powieści Pierra Boulle.

Akcja filmu jest co prawda fikcją, ale most posiada swoją własną smutną historię.


Most na rzece Kwai był jednym z kluczowych punktów, długiej na 415 km kolejowej trasy zaopatrzeniowej między Bangkokiem a Rangunem (Birma), którą w latach 1942-1943 pod okiem japońskich okupantów budowało tysiące jeńców wojennych oraz miejscowych cywili. Obok 250.000 azjatyckich niewolników pracowało tu przymusowo ok. 60.000 Australijczyków, Brytyjczyków, Holendrów i Amerykanów.

Budowano w ciągu dnia i w nocy, w upale i fatalnych warunkach higienicznych. Jedna piąta jeńców zmarła, dlatego też zbudowana trasa kolejowa znana jest jako kolej śmierci.

Przy budowie najwięcej cierpieli, o czym ani w powieści ani w filmie się nie mówi, niewolnicy z Tajlandii, Birmy, Malezji i Indonezji.

Przez rzekę Kwai nie był budowany tylko jeden most, jak mówią obie dzieła, ale dwa. Budowa obu mostów zaczęła się w sierpniu 1942 roku.

Pierwszy był drewniany, a sto metrów nad nim w kierunku przeciwnym do prądu rzeki, w lutym 1943 dobudowano żelbetowy most, który tam stoi do dzisiaj.

Mosty były w czasie wojny trzykrotnie atakowane przez brytyjskie siły lotnicze – 29. listopada 1944, 13.lutego 1945, najbardziej zniszczyło je bombardowanie 24. czerwca 1945. Drewniany most był całkowicie zniszczony, dzisiaj nie ma po nim ani śladu. Most żelbetowy w ten sam dzień trafiony został przez bombowiec Liberator z 355.pułku królewskich sił powietrznych, część mostu się zawaliła, ale po wojnie szybko doszło do rekonstrukcji mostu.


źródło: http://cestovani.idnes.cz/most-pres-reku-kwai-kde-se-ze-smrti-stava-kyc-fmw-/kolem-sveta.aspx?c=A070919_145744_igsvet_tom

W kolejnym dniu (17.6.) wyruszyliśmy na całodzienną wycieczkę do narodowego parku Erawan. Wyjechaliśmy rano miejskim autobusem, który nas dowiózł aż pod sam park.

Typowym dla tajskich autobusów jest to, że są one dość kiczowato ozdobione przez kierowców. Taki styl spójny jest jednak do miejscowymi kulturowo-religijnymi tradycjami.

Park ma powierzchnie 550 km². Jego główną atrakcją jest siedmiostopniowy wodospad Erawan, który swoją nazwę zawdzięcza trzygłowemu słoniowi z hinduskiej mitologii.

Park założono w 1975 roku jako 12 tajski park narodowy.

Po wyznaczonych ścieżkach przemieszczaliśmy się po kolejnych stopniach wodospadu.

... pierwszy i drugi stopień...

W całej Tajlandii bardzo rzadko słyszy się język rosyjski, z nieznanego nam powodu w parku Erawan trafialiśmy praktycznie tylko na Rosjan.


Słyszeliśmy nawet opinię, że Rosjan jest tu tylu ze względu na darmowy pilling - ryby w wodospadach chętnie obgryzają martwy naskórek na stopach.

... trzeci i czwarty stopień...


Patrząc na wodospady dało się zauważyć, że mamy porę suchą, wody było mało i dlatego wodospady nie były aż tak okazałe jak się spodziewaliśmy. Paradoks w porównaniu z powodziami, które widzieliśmy przed kilkoma dniami.

W całym parku wolno biegały mile wyglądające małpki. Według informacji jakie znaleźliśmy wcześniej w internecie, turyści powinni jednak na nie uważać, bo małpy mają kilka różnych strategii na to jak zdobyć jedzenie, od skakania na przechodzących parkiem, kradzież plecaków, aż po cierpliwe wyczekiwanie na chwilę nieuwagi. Nas małpki nie atakowały, a uwagę poświęcały tylko sobie i swoim najbliższym...

  Między wodospadami przemieszczaliśmy się skacząc po kamieniach i korzeniach.


... przy piątym poziomie ...

 ... pod szóstym wodospadem...


W lagunach pod wodospadami można było się kąpać, co oczywiście chętnie wykorzystaliśmy. Woda była zimna a dookoła pływała spora ilość rybek.

siódmy największy stopień...


Tutaj długo jednak nie byliśmy, gdyż w około latała niestworzona ilość insektów. Uciekaliśmy najszybciej jak się dało.

Z powrotem wracaliśmy tą samą trasą, po drodze postanowiliśmy się ponownie wykąpać :)


Przed parkiem próbowaliśmy się dowiedzieć jak dostać się do niedalekiej jaskini Krasae oraz do starego, drewnianego mostu przy rzece Khwae-Noi – części kolei śmierci. Oba miejsca są częścią jednodniowych wycieczek organizowanych przez biura podróży z Kanchanaburi. My jednak na wycieczkę się nie zapisaliśmy i dojechaliśmy do parku znacznie tańszymi państwowymi środkami komunikacji, co teraz okazało się minusem.

Do jaskini i mostu żaden autobus nie jechał, a ceny podawane przez taksówkarzy były kosmiczne. Zaczęliśmy więc podpytywać kierowców minibusów z biur podróży. I tak po kilku próbach spotkaliśmy malutką sympatyczną Tajkę, która chętnie nam pomogła i pozwoliła nam jechać swoim busem w oba miejsca. Później okazało się, że właściwie dołączyła nas do swojej grupy i mieliśmy okazję posłuchać jej ciekawych opowieści o realiach, historii i przebiegu budowy kolei śmierci.

Jaskinia Krasae i most znajdują się tuż obok siebie, do jaskinie wchodzi się właściwie prosto z torów kolejowych tuż przed mostem.


W środku jaskini znajduje się siedzący budda, u którego miejscowi odprawiali religijne rytuały, także mogliśmy obserwować jak to wszystko w buddyzmie wygląda.


W jaskini można przejść wąskimi korytarzami i spotkać mieszkające tam nietoperze.

Później przeszliśmy się kawałek po moście. Miejsce jego budowy i konstrukcja wzbudzały respekt. Inżynierowie przy oględzinach mostu dziwią się jak to może stać i w dodatku służyć jako most kolejowy po dziś dzień :)


Po chwili wsiedliśmy do pociągu na pobliskiej stacji Wang Pho. Pociąg jechał przez most do Kanchanaburi i dalej aż do Bangkoku. Bilet dla cudzoziemców kosztuje na tej trasie 100 batów (jakieś 2,5€) niezależnie czy się jedzie jedną stację czy pięćdziesiąt. Bilety kolejowe dla obcokrajowców mają inne ceny niż bilety dla miejscowych. Oczywiście turyści płacą znacznie więcej. Taka sama sytuacja jest przy kupnie biletów do parków narodowych czy świątyń. Turyści rozumieją jednak ten system i respektują, bo ceny i tak są dla nich przystępne, a dla miejscowych byłyby nieosiągalne.

W pociągu wszyscy wyglądali z okien i obserwowali przejazd przez ten groźnie wyglądający most. Pociąg jechał pomału i bezpiecznie do przodu. Wycieczka od małej Tajki wysiadła na następnej stacji i jechała dalej klimatyzowanym busikiem, a my w żółwim tempie jechaliśmy dalej jeszcze z trzy godziny.

Przynajmniej mogliśmy się nacieszyć pięknymi widokami z okna pociągu...

... po godzinnej jeździe, godzinnym czekaniu aż pociąg jadący z naprzeciwka zwolni jedyny tor kolejowy i następnej godzinie jazdy, z utęsknieniem czekaliśmy aż podróż się skończy. Przy samym mieście przejechaliśmy jeszcze słynnym mostem na rzece Kwai.

Wieczorem znowu poszliśmy na spacer po mieście. Ze znanego nam już baru znowu można było usłyszeć sfałszowane "Jamajkaaa", my jednak mieliśmy ochotę na coś innego.

Na kolacje nie chcieliśmy już ani ryżu, ani makaronów różnego kształtu i różnego smaku. Skręciliśmy do niemieckobrzmiącej 

restauracji „Schluck“ i zjedliśmy w końcu porządnego steaka :)


Po kolacji poszliśmy jeszcze do sąsiedniego baru, gdzie europejskie hity grał i śpiewał włoski gitarzysta. Po godzince wróciliśmy po męczącym dniu do hotelu, gdzie znowu musieliśmy się pakować.


Kolejnego dnia wcześnie rano (18.6) wyruszyliśmy w powrotną drogę do Bangkoku.

Następny artykuł -  Bangkok II. - China town