Shopping Cart
Your Cart is Empty
Quantity:
Subtotal
Taxes
Shipping
Total
There was an error with PayPalClick here to try again
CelebrateThank you for your business!You should be receiving an order confirmation from Paypal shortly.Exit Shopping Cart

Markét & Karol

Ayutthaya

Miasto Ayutthaya średniowieczni pielgrzymowie określali mianem ósmego cudu świata.


Miasto było założone w 1350 roku przez późniejszego króla U Thonga, szybko ogłoszono je stolicą Syjamu, którą Ayutthaya była ponad 400 kolejnych lat.


W XVII wieku miasto miało więcej jak milion obywateli i było jednym z największych miast świata.


W roku 1767 miasto zostało zrównane z ziemią przez wojska birmańskie. Po tych atakach stolicę przeniesiono o ok. 75km na południe, gdzie powstał Bangkok.


Do dnia dzisiejszego zostały ogromne ruiny miasta, które są wpisane na listę dziedzictwa UNESCO.

Ruiny obejmują przede wszystkim świątynie z licznymi wieżami (ze szczególnym ich typem zwanym prang), klasztory, posągi buddy oraz inne zabytki.


Źródło: http://thajsko.asiat.cz/cestovani/ayutthaya/

http://www.hedvabnastezka.cz/zeme/asie/thajsko/7593-historicke-mesto-ayutthaya-historic-city-of-ayutthaya/


Do Ayutthayi wyjechaliśmy wcześnie rano (19.6.) minibusem dla miejscowych. Zaraz po przyjeździe do miasta drzwi minibusa otworzył nam Taj z dredami, który przemile się uśmiechał, wypytywał skąd jesteśmy, jak się mamy i co chcemy w mieście zobaczyć. Na mapie pokazał nam miejsca, których nie powinniśmy nie odwiedzić. Po chwili wyjął małą książeczkę z referencjami, w tym także po Czesku i Polsku z poradą abyśmy się nie wahali i pozwolili poobwozić się po historycznym mieście tuk-tukiem.


Tuk-Tuk co coś między taksówką a motorem, często polecany turystom jako najtańszy środek wygodnego podróżowania. Tak naprawdę ceny są umowne, często wzięte z kapelusza, trzeba się targować, a i tak często zapłaci się znacznie więcej niż za taksówkę z włączonym taksometrem.

W tym przypadku wiedzieliśmy, że nie damy radę zwiedzić wszystkiego na własną rękę, bo miasto jest ogromne, a zabytki porozrzucane z jednego końca na drugi, więc daliśmy się namówić na ofertę. Oczywiście stargowaliśmy trochę cenę, ale i tak wiedzieliśmy, że daliśmy się naciągnąć i wpadliśmy w trybiki maszyny przygotowanej specjalnie dla turystów. Po raz pierwszy i ostatni w Tajlandii sporo przepłaciliśmy. Innego wyboru jednak nie mieliśmy.


Cenę dogadaliśmy na 900 batów (niespełna 25euro) jeśli będziemy happy i 800 jeśli nie :)


Nasz kierowca woził na uczciwie do wszystkich miejsc, które nam obiecał i które opłacało się zobaczyć w mieście.

W łącznym bilansie zarobił jednego wielkiego minusa, ale później nadrobił to jednym plusem. W końcu zasłużył na zapłatę w wariancie happy, ale o tym później.


Na początku pojechaliśmy do świątyni Wat Chaya Mongkhon.

Miejsce to miało trzy twarze – wieżowe świątynie, leżącego Buddę i ogrody.

Po około godzinie zwiedzania tak jak się omawialiśmy czekał na nas nasz kierowca i przewiózł nas na kolejne miejsce, do świątyni Wat Phanan Choeng. Jej głównym punktem jest siedzący Budda,

jego posąg nosił nazwę Phra Chao Phananchoeng.


Podobno posąg ten jest najstarszy i największy, ma 14 metrów szerokości i

19 metrów wysokości. Jest zrobiony z kamienia, pomalowanego czarną farbą i ozdobiony złotą warstwą. 

Po obejrzeniu drugiego punktu wycieczki poprosiliśmy kierowcę o przerwę na jedzenie, bo już pomału umieraliśmy z głodu. Chcieliśmy dobre jedzenie za normalną cenę. Kierowca powiedział, że nie ma problemu. Okazało się, że jednak mały problem był i kierowca zasłużył sobie na wielkiego minusa. Kierowca zawiózł nas do restauracji swoich znajomych, gdzie miło nas przywitano i zaprowadzono do stolika. Karol od razu zwęszył problem bo restauracja była pełna turystów. Spojrzeliśmy do karty dań i zobaczyliśmy ceny minimalnie 3 razy wyższe niż w jakiejkolwiek restauracji w której dotąd w Tajlandii byliśmy. Szybko podjęliśmy decyzję, że po prostu wychodzimy i nie będziemy się dawali tak bezczelnie naciągać. Kierowcę ostrzegliśmy, że nie z nami takie numery i powiedzieliśmy, że chcemy się najeść tam gdzie są normalne ceny.

W sumie to nie chodziło tu nawet o cenę, bo ta była porównywalna do cen jedzenia w niemieckich restauracjach. Nie spodobało nam się sposób w jaki chciano nas naciągnąć i uraziło nas to, że ktoś chce zrobić z nas idiotów.

Moim zdaniem kierowca jako zemstę zawiózł w drugie miejsce, kolejne ekstremum leżąca zupełnie po innej stronie niż ładna i schludna restauracja. Przy plastikowym stole wybraliśmy sobie jedzenie za euro i czekaliśmy na to co nam przyniesie Tajka z kuchni pod drzewem. Jedzenie było jednak dobre, a my jakoś wyszliśmy z tej dosyć niemiłej sytuacji.

Kolejnym przystankiem była świątynia Wat Mahathat, z głównym punktem w postaci drzewa z twarzą Buddy.

Tutaj spędziliśmy kolejną godzinę i wyruszyliśmy dalej, do dalszych ruin buddyjskiej historii.


W jednej okolicy odwiedziliśmy dwa kolejne kompleksy świątyń.

Pierwszym bała świątynia Viharn Phra Mongkol Bophit z Buddą z brązu wewnatrz.

Zdziwiło nas, że i w buddyźmie egzystuje mnóstwo świętych tradycji i czynności za które wierzący muszą płacić.

Jedną z nich są monety, które się wrzuca do misek, każda miska symbolizuje część życia. Misek jest ok dwudziestu. Do każdej oczywiście należy wrzucić pieniążek.

Następnie należy również płacić za zapalenie kadzidełek.

Popularne są też żółte-złote pasy materiału, w który wierzący mogą ubrać swojego buddę, konkretnie to po prostu go tym materiałem przykryć.

Często spotykane są też złote papierki, które można nakleić na głowę buddy czy innych świętych posągów.


Drugim kompleksem były ruiny świątyń Wat Phra Si Sanphet.

Piękne miejsce.

Przy bramie do świątyni zauważyłam kartkę pocztową z pięknym leżącym w parku Buddą, którego chciałam odwiedzić na koniec wycieczki.

Kierowca najpierw nie chciał tam jechać, gdyż już odwiedziliśmy wszystkie miejsca które nam obiecał i mieliśmy jechać z powrotem na autobus. Dał się jednak namówić i zawiózł nas w to malownicze miejsce.


Także na koniec odwiedziliśmy i Wat Lokayasutharam.

Później już zawiózł nas szybko do celu – na przystanek minibusów do Bangkoku.

Tam mu zapłaciliśmy, stwierdzając, że mimo minusa za restaurację jesteśmy happy.

Pożegnaliśmy się i wyruszyliśmy w drogę powrotną do Bangkoku. Karol ją praktycznie całą przespał, a ja wymyśliłam naszą internetową stronę i wspominałem nasz ślub :)


Wieczorem już tylko chodziliśmy po okolicy naszego hotelu, jedliśmy jedzenie na targach i wspominaliśmy targ na

Koh Phangan – nic nie było w stanie mu dorównać.

Następny artykuł - Bangkok III.